16 tysięcy kilometrów z sakwami Crosso – recenzja po długiej podróży

Nie lubię pisać o sprzęcie zaraz po zakupie. Pierwsze wrażenia bywają złudne, a nowość sama w sobie potrafi maskować niedociągnięcia. Dlatego o sakwach Crosso, które towarzyszyły nam w podróży, piszę dopiero teraz – po 16 000 kilometrach i 9 miesiącach spędzonych w drodze.

Wyruszyliśmy w dwójkę: najpierw na trzy miesiące i 6 000 kilometrów, a potem – już solo – na kolejne pół roku, pokonując dodatkowe 10 000 km w kierunku Mongolii. Warunki były bardzo różne: od deszczu i śniegu, przez upały, po piaskowe burze. Asfalt, szutry, błoto, góry, pola, pustkowia.

Sakwy: model, pojemność, układ

Każde z nas miało po dwie tylne sakwy Crosso Twist 30 – czyli model mniejszy niż standardowe 30 litrowe. Na przednim bagażniku zamocowaliśmy drybaga, również od Crosso – w nim przewożony był jeden ciepły śpiwór, który dzieliliśmy. Wybór małych sakw był świadomy: zależało nam na minimalizmie, lekkości i mobilności.

W dwóch 15-litrowych sakwach udało się zmieścić wszystko, co niezbędne: ubrania (których mieliśmy bardzo mało), kuchenkę MSR, śpiwór, elektronikę, jedzenie, czytnik, dokumenty, drobne przyrządy łazienkowe. Oczywiście nie obyło się bez kompromisów, ale ani razu nie mieliśmy poczucia, że czegoś nam brakuje – raczej przeciwnie: okazało się, że to, co naprawdę potrzebne, mieści się w tej małej, choć zaskakująco pojemnej przestrzeni.

Framebagi – wygoda z jednym „ale”

Z perspektywy użytkowej framebagi okazały się dużym ułatwieniem. Nigdy wcześniej nie korzystałam z takiej torby i byłam zaskoczona, jak bardzo zmienia to komfort codziennego pakowania i dostępu do rzeczy. Idealnie sprawdzały się na podręczne drobiazgi – przekąski, mapę, multitoola, dodatkowe dętki. W trasie, kiedy zatrzymujesz się co chwilę, żeby sięgnąć po coś szybko – dostępność zaczyna znaczyć więcej niż litry pojemności.

Z drugiej strony, mankamentem były zamki błyskawiczne w bocznej kieszonce/siatce, które odmówiły posłuszeństwa po kilku miesiącach intensywnego użytkowania.

Wodoodporność i wytrzymałość – test ekstremalny

W tym aspekcie sakwy Crosso spisały się bez zarzutu. Przeżyły burze, długie i mocne deszcze, śnieg, kurz i piach, a nawet mrozy dochodzące do -30° i nie przemokły ani razu. Po tysiącach kilometrów użytkowania jedyne ślady to powierzchowne zabrudzenia. Ani jednej dziury, przetarcia czy uszkodzenia klamry. Zero napraw po drodze. To dla mnie istotne, bo nie interesuje mnie sprzęt, na który trzeba przesadnie uważać, regulować i naprawiać.

W aspekcie zjawisk atmosferycznych sakwy Crosso przeszły prawdziwy chrzest ognia. Wspólna część naszej podróży była wymagająca, ale prawdziwe ekstremum zaczęło się później, gdy Łukasz jechał samotnie przez Pamir, Chiny i Mongolię – zimą.

Na wysokości, przy silnym wietrze i temperaturach sięgających –30°C, kiedy woda zamarzała w ciągu trzech minut, sakwy nadal działały. Zamki, zaczepy, materiał – wszystko wytrzymywało warunki, które wykańczają nie tylko sprzęt, ale i człowieka. W takich chwilach nie szuka się superlatyw – szuka się rzeczy, które po prostu nie zawodzą. I te sakwy nie zawiodły.

Po powrocie – nadal w użyciu

Minęło już trochę czasu od powrotu, ale sakwy nadal nam służą – w mniejszych wyjazdach, jednodniowych wypadach za miasto czy weekendowych wycieczkach. Ich stan się praktycznie nie zmienił. To nie są rzeczy na jeden sezon – raczej inwestycja w długodystansowe zaufanie.

Refleksje na koniec

Sakwy Crosso zrobiły dokładnie to, czego od nich oczekiwałam: były trwałe, wodoodporne, wygodne w użytkowaniu, nie wymagały żadnej specjalnej troski. W podróży nie chcę myśleć o sprzęcie – chcę myśleć o drodze. I za to cenię Crosso.

Nie wiem, czy to najlepsze sakwy na świecie. Wiem tylko, że przetrwały 16 000 kilometrów w ektremalnych warunkach atmosferycznych. A to, w mojej ocenie, najlepsza możliwa rekomendacja.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *